Odszedł na wieczną wachtę nauczyciel żeglarstwa Zespołu Szkół Morskich, instruktor Międzyszkolnej Sekcji Żeglarskiej przy ZSM, współtwórca żeglarstwa szkolnego w Świnoujściu – Roman Gonczar.

Ceremonia pogrzebowa odbędzie się na Cmentarzu Komunalnym w Świnoujściu w dniu 2 listopada o godzinie 14.00.  Msza Pogrzebowa w Kościele Bł. Michała Kozala o godzinie 12.00.
Pan Roman Gonczar w roku 1967 uzyskał patent instruktora żeglarstwa i od tego czasu aktywnie szkolił dzieci i młodzież szkolną. Dzięki jego zaangażowaniu patenty żeglarskie zdobyło 400 uczniów świnoujskich szkół, a patent sternika jachtowego 98 młodych żeglarzy. Od końca lat siedemdziesiątych współorganizował letnie żeglarskie obozy wędrowne dla dzieci i młodzieży. W latach 2005-2010 był członkiem Stowarzyszenia „Szczecińska Szkoła Pod Żaglami”. Uczestniczył jako oficer w czterech rejsach morskich na żaglowcu „Kapitan Głowacki”.  Był współautorem programu dla dzieci i młodzieży „ABC Żeglarstwa”. Zainicjował i współorganizował imprezy żeglarskie dla dzieci i młodzieży min. Międzyszkolny Rajd Kajakowo-Żeglarski po rozlewiskach Starej Świny”Staroświn” oraz Regaty meczowe „szóstek” o Puchar Prezydenta między ZSM i LO na Świnie. Współorganizował jubileusz 50-cio lecia żeglarstwa szkolnego w Świnoujściu w 2014r. Jest autorem publikacji i artykułów wydanych z okazji jubileuszu.

Był Radnym 2 i 3 kadencji Rady Miasta Świnoujście w latach 1994-2002 oraz Przewodniczącym Komisji Edukacji Rady Miasta.

Został wyróżniony Odznaką Honorową ZOZŻ „Zasłużony dla żeglarstwa szczecińskiego” oraz odznaczeniami: Złotym Krzyżem Zasługi i Złotym Medalem za Długoletnią Służbę

 

Wspomnienia i refleksje Romana Gonczara, żeglarza i jednego z animatorów świnoujskiego żeglarstwa szkolnego

„Navigare necesse est” – stara rzymska maksyma sprawdzająca się przez wieki i nadal aktualna oraz szczególnie uznawana i szanowana przez żeglarzy. Przypomniałem ją sobie, gdy wszedłem w żeglarski światek. A jak z tym było?

Po wojnie, wraz z rodziną zastaliśmy ekspatriowani z uroczego Polesia na ziemie północno-zachodniej Polski, o nowych granicach.

Miasteczko, w którym osiedliliśmy się jest otoczone kilkoma jeziorami nadającymi się do żeglowania. W okresie powojennym nie żeglowano na nich, lecz korzystano z łodzi wiosłowych i kajaków; do kajakowania miałem wielki sentyment. Z żeglarstwem zapoznałem się na początku lat sześćdziesiątych i zauroczyło mnie. Z grupą doświadczonych żeglarzy bydgoskich udałem się na Mazury, gdzie w Mikołajkach rozpoczęliśmy rejs na „omegach”. Po włożeniu namiotów i bagaży na jacht ustawiony dziobem do boi, przy wietrze wiejącym od rufy, postawiono foka i… ląd pozostawał coraz dalej za rufą. I to mi się bardzo podobało!

Doskonaliłem swą wiedze żeglarską i uczestniczyłem wielu rejsach morskich; planowałem również osiedlić się w mieście morskim.

W 1975 r. przeniosłem się do Świnoujścia, gdzie mieszkam do dzisiaj. To miasto daje mi dużo zadowolenia, gdyż z uwagi na swoje położenie jest uznawane za najbardziej morskie z polskicj misat. Związałem się ze świnoujskim żeglarstwem szkolnym i działam w nim do dzisiaj, współorganizując wędrowne obozy żeglarskie, rejsy i szkolenia na patenty żeglarskie.

Żeglarstwo to znajdowało się w pionie oświaty, a przez ponad 20 lat kierowała nim Hanna Wiśniewska – kobieta z żeglarską duszą. Dzięki niej nawiązaliśmy kontakty ze Szczecińską Szkoła pod Żaglami i jej założycielem Zbigniewem Kosiorowskim, który dość często odwiedzał nas na międzyszkolnej przystani żeglarskiej, znajdującej się w Łunowie, nad jeziorem Wicko Wielkie, będącym części Zalewu Szczecińskiego. Działający tam instruktorzy żeglarstwa posiadali przygotowanie pedagogiczne, co interesowało Zbyszka, gdyż w rejsach morskich, organizowanych przez Szczecińską Szkołę pod Żaglami dla młodzieży szkolnej, takie przygotowanie bardzo się przydawało. Nasi instruktorzy poszli na współpracę, pełniąc w wielu rejsach funkcje oficerskie na jachtach. Dzięki temu, również nasza młodzież żeglarska mogła znowu uczestniczyć w rejsach morskich, gdyż dotychczasowy jacht klubowy, klasy „vega”, rozsypywał się ze starości.

W swój pierwszy rejs – w ramach Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami – wypłynąłem w 3. dekadzie czerwca 1993 r. na jachcie „Zbigniew Boliński”. Był to Jach bardzo szybki, z sukcesami regatowymi, w miarę wygodny. Płynęła na nim młodzież ze szkół województwa szczecińskiego i kadra. Kapitanem był Jan Dryl, a ja pełniłem funkcję I oficera. W rejsie brał udział dość duża flotylla jachtów, płynęliśmy na Bornholm. Każdy jacht został obficie zaprowiantowany, a w ramach prowiantu otrzymał również dużą porcję surowego mięsa. Na „Zbigniewie Bolińskim” nie było, niestety, lodówki i rozgorzała dyskusja, jak zabezpieczyć mięso przed zepsuciem. W tym celu użyliśmy najrozmaitszych przypraw, soli, a nawet liści pokrzywy. W drodze powrotnej, po 6 dniach, pozostała porcja mięsa trochę dziwnie pachniała, ale wyglądała dobrze. Ustaliliśmy, ze zrobimy z niego gulasz. I tak też się stało. Na jacht zamustrowali również, dodatkowo, znany fotograf Marek Czasnojć i kpt. Marek Hermach. Wspólnie zjedliśmy obiad, którego główną potrawą był ten gulasz. Bardzo chwalili smak gulaszu i prosili, żeby zdradzić sposób jego przyrządzania. Nie zdradziliśmy! Obiad smakował wszystkim i wszyscy byli zdrowi.

Podczas jednego z rejsów na jachcie „Kapitan Głowacki” prowadzonym wtedy przez „kapitana kapitanów” Jacka Czajewskiego z Warszawy, miałem ze swoją wachtą dyżur od godziny 20:00 do 24:00. Jacht płynął pod pełnymi żaglami. Nagle zerwał się silny wiatr, przekraczający 9 ͦB. Należało jak najszybciej zwinąć żagle rejowe. Młodzi żeglarze zwinęli tylko foka rejowego, natomiast bali się wspinać wyżej, aby zwinąć marsla i bramsla, gdyż jacht miał duże przechyły. Kpt. Czajewski zapytał mnie, czy dałbym radę, wraz z bosmanem zwinąć pozostałe żagle. Zgodziłem się, aczkolwiek bałem się, czy moje lewe kolano niedawno wyleczone z naderwanego wiązadła krzyżowego wytrzyma. Wytrzymało i wraz z bosmanem zwinęliśmy pozostałe żagle rejowe. Kapitan był dla nas pełen uznania.

W innym rejsie na „Kapitanie Głowackim” zatrzymaliśmy się w jedynym z portów szwedzkich, już nie pamiętam, czy to była Karlskorona czy Kalmar . Podczas wędrowania po mieście z Hanną Wiśniewską, też oficerem na tym jachcie i byłą dyrektorką, wieloletnią, Młodzieżowego Domu Kultury w Świnoujściu, zwiedziliśmy zabytkowy kościół ewangelicki. Zaskoczył nas duży obraz na bocznej ścianie przedstawiający św. Mikołaja z napisami, że jest to patron marynarzy, rybaków i żeglarzy, o czym w ogóle nie wiedzieliśmy. Pod nim stały znicze palące się. Znaleźliśmy w kieszeniach trochę koron i też zapaliliśmy znicze. Potwierdzam, że ten patron żeglarzy zadziałał o czym świadczy poniższe zdarzenie.

Jacht wypłynął w kierunku Alandów. Przypadła mnie „psia wachta”, czyli w godzinach nocnych od 24:00 do 04:00. W swojej wachcie miałem 2 chłopców i 2 dziewczyny. Starszą wachty mianowałem żeglarkę, która zdała w czerwcu maturę. Była bardzo aktywna i inteligentna.

Ponieważ wiatru praktycznie nie było, jacht płynął na silniku. Jednego z żeglarzy posadziłem przy sterze, a dwoje na oku. Wachtowa przebywała w kabinie nawigacyjnej i interesowały ją bardzo obrazy na ekranie radarowym. Wytłumaczyłem jej dokładnie, jak interpretować wskazania radaru. O godz. 01:00 zacząłem robić wpis do dziennika jachtowego. I nagle słyszę głos wachtowej: „Panie oficerze, widać na ekranie punkt świetlny, zbliżający się do nas od dziobu z prawej burty”. Spojrzałem na ekran i natychmiast wyskoczyłem na pokład, do steru, zmieniając kurs, ustępując w ostatniej chwili statkowi. Który miał pierwszeństwo. Pozostali członkowie wachty nie meldowali o tym.

Przed robieniem wpisu do dziennika, oceniłem sytuację jako bezpieczną. Statek, z którym mogła nastąpić kolizja nie zagrażał, ale nagle zmienił kurs. Tak więc patron żeglarzy skutecznie zadziałał. Od tamtej pory ufam św. Mikołajowi, patronowi żeglarzy, gdyż w następnych latach żeglowania mojego, też wiele razy pozytywnie zadziałał. Wielu żeglarzy nie wie, kto jest patronem żeglarzy i komu mogą zaufać. A szkoda!

Ze Szczecińską Szkołą pod Żaglami współpracowałem również, gdy formalnie została przekształcona w stowarzyszenie mające osobowość prawną. Działałem w jej strukturach organizacyjnych. Działalność Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami oceniam pozytywnie. Wiele młodzieży z dawnego woj. Szczecińskiego, z miast, miasteczek i wiosek miało możliwość zobaczyć morze i żeglować po nim, zwiedzając inne kraje i zawijając do różnych portów. Była to wspaniała i skuteczna edukacja morska, która pozostawiła trwały ślad w psychice tej młodzieży. W rejsach uczestniczyli wspaniali kapitanowie, jak przykładowo Jacek Czajewski, Jerzy Szkudlarek, Maciej Krzeptowski i wielu innych, w tym także założyciel tej żeglarskiej szkoły – Zbigniew Kosiorowski.

Działalność Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami podkreślała morski charakter Szczecina i okolic i w tę morskość się wpisywała.

Dzięki Ci Zbyszku za to!

Roman